niedziela, 22 września 2013

Barack Kamiński-Brzezicki III

Wiadomość niesłychana Aneta urodziła, pana Kacpra (Mr Kacper jak mówiły pięlegniarki).
Przesyłam link do zdjęć żeby wszyscy mogli obowiązkowo się zachwycać (dwa zachwyty od każdego wymagane)

https://plus.google.com/photos/107611983069932525260/albums/5926337761286656865?authkey=CJDdvsHrxtPv-gE

niedziela, 15 września 2013

Poznajemy innych ludzi....

Powoli zaczynamy poznawać nowych ludzi, z którymi mamy ochotę spędzać czas. Początkowo nasze kontakty międzyludzkie ograniczały się do nieznajomych na ulicy lub w sklepie, ewentualnie Tamary i jej męża Iwana [zarządzający budynkiem, w którym mieszkamy, częstowali nas przepyszną słoniną]. Ale się rozwijamy.
Okazało się, że naszymi sąsiadami są przemili Artyści [on - Paryżanin, kompozytor, DJ i pianista, ona - urodzona w LA ale z meksykańskimi korzeniami, tworzy teksty piosenek i śpiewa]. Spędziliśmy razem bardzo miły wieczór, i wreszcie wykorzystaliśmy wszystkie kieliszki do wina :D

 Na kolację były tradycyjne naleśniki z farszem do pierogów ruskich wedle tajemnej receptury Kamińskich. Jak zapewne wiecie, głównym składnikiem farszu jest twaróg - rzecz baaardzo trudna do zdobycia tutaj. Pierwszą wersja "ruskich", dawno temu, zrobiliśmy  z amerykańskimi odpowiednikami - nawet nie była taka zła. Ale do tej kolacji udało nam się kupić rosyjski i polski twaróg [w sklepie U babuszki] i farsz wyszedł mniam mniam, może był ciut za mało kwaśny [pomimo dodawania śmietany] ale to dlatego, że twaróg polski był śmietankowy, słodki, następnym razem wezmę tylko rosyjski.
Aha - naleśniki podaliśmy ze śmietaną, tradycyjnie. Bardzo smakowało to sąsiadom - normalni są na szczęście i jedzą śmietanę [czego nie mogę powiedzieć o moim małżonku: oszalał ostatnio i tropi wszędzie tłuszcze nasycone a jak wytropi to nie chce ich jeść; chociaż czasami się łamie, na szczęście]. W pewnym momencie jednak Joanna zasugerowała, że dobre byłyby z salsą. Kupiliśmy salsę i następnego dnia zrobiliśmy naleśniki ruskie z salsą: bomba!! pyszne, inne zupełnie niż ze śmietaną.

Nieoczekiwany Baby shower
Wczoraj natomiast poznałam znajomych Janka z pracy wraz z ich rodzinami. Oczywiście tych z Labu poznałam wcześniej. Tym razem byli to Polacy pracujący w Cedars. Wszyscy dzieciaci, starsi od nas i mieszkający w USA co najmniej kilka lat. Spotkanie bardzo ciekawe, ludzie bardzo mili [choć mi najbardziej do gustu przypadła nie Polka acz Argentynka, żona jednego z Polaków], mnóstwo przydatnych informacji.
Co ciekawe, nikt z poznanych Polaków nie zamierza wracać do Polski. Jedna para lekarzy nawet próbowała trzy lata temu wrócić na łono naszej Ojczyzny, jednak ich rozczarowanie było tak wielkie, że przy pierwszej sposobności wrócili.
Poznaliśmy trzech nastoletnich chłopców: szok, jacy grzeczni i inteligentni, szok szok szok - jednak się da :D
I trzy małe dziewczynki - słodkie, inteligencję trudno było ocenić, bo jeszcze nie mówiły :)
O tu ich widać, bo zrobiliśmy zdjęcie pamiątkowe :)

Wszyscy chłopcy mówili biegle co najmniej dwoma językami [co wcale nie jest takie powszechne wśród mieszkającej tu Polonii, szczególnie wśród małżeństw mieszanych, ponoć dzieci błyskawicznie chłoną język przedszkola, szkoły i go potem preferują] a jeden mówił biegle trzema [plus hiszpański]. Byłam pod wrażeniem tych dzieciaków, wciąż jestem.
Aby przesłodzić wrażenie Polacy urządzili nam mikroBabyShower, czyli dostaliśmy prezenty z okazji rychłego rozpączkowania: filmy instruktażowe i ciuszki dla Maluszka, o takie piękne:

Teraz Kacpromik ma więcej ciuchów niż ja i Janek razem wzięci, pewnie każdy z nich założy raz lub dwa i wyrośnie :D
Wydaje mi się, że wszystko już gotowe na jego przyjście, ale on nic, siedzi w brzuchu i tylko mnie kopie w żebra i mostek. Czasami mam wrażenie, że chciałby wyjść, ale bokiem...



Niedoszła wycieczka - relacja

Jak zapewne większość z Was się domyśliła, wspaniała ostatnia przedPorodem wycieczka zakończyła się spektakularną odmową współpracy ze strony naszego nowego samochodu. I tylko utwierdziła mnie w przekonaniu, że nasza cudowna Hondzia o kolorze wyschniętej, świeżo ściętej trawy jest samochodem wyjątkowym - no bo jak to, starsza od Saaba trzy lata służyła nam dzielnie ponad sześć długich lat, nie psując się, a nawet jak się psuła to jechała dalej. Ale nie, w przypadku luksusowego Saaba rzecz ma się zupełnie odwrotnie: to nic, że daliśmy go do liftingu tuż przed wycieczką wymieniając mu taką kasetkę, co dopala silnik. On po prostu lubi być zostawionym w spokoju, ewentualnie może jeździć po mieście. Wycieczki dalsze kończą się albo zwichnięciem kopytka [pamiętacie oponkę, prawda?] albo, tak jak teraz, kompletną odmową współpracy i powrotem do miasta na grzbiecie kolegi:

A zapowiadało się tak pięknie, akwarium, winnice, ocean i góry.. Nic to, trzeba tam będzie pojechać z małym Kacpromikiem :D
A po drodze odkryliśmy, że wzdłuż drogi numer 5 są bardzo ładne, sztuczne, jeziorka:

Saab już sprawny, ale teraz boimy się trochę wyruszać gdzieś dalej. Wiecie, nie ufamy już mu!!