czwartek, 18 lipca 2013

Wycieczka do San Diego

W miniony weekend pojechaliśmy do San Diego. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, aby odwiedzić przebywającego tam Mateusza G. i jednocześnie zobaczyć, czy rzeczywiście jest tak pięknie jak opowiada :)
Druga przyczyna to odbywająca się tam konferencja dotycząca świadomości:
http://www.theassc.org/assc_17

Upłynęły nam te dwa dni pod znakiem miłych pogawędek, zwiedzania klifów po ciemku, pływania za dnia oraz uczestnictwa w co ciekawszych sesjach i wykładach. I przygody motoryzacyjnej.

Mateusz zafundował nam wycieczkę po kampusie, który wywoływał w nas wspomnienia z dzieciństwa. Dlaczego? Hm... W przeciwieństwie do "kampusu SWPS" a nawet infrastruktury UW, kampus UCSD jest jak z bajki. Do oceanu pięć minut, budynki mieszkalne i uczelniane rozrzucone na urokliwych wzgórzach. A w tym wszystkim supermózgi i superkomputery. A na dowód proszę, zdjęcia:



Na tym zdjęciu fragment (fragment!!) superkomputera). Oczywiście Janek (z zazdrości zapewne) skwitował, że "pcheee, tylko 32 tera ramu, ja bym to zapchał w dwa dni.."














A tutaj, jakby ktoś nie wierzył jest napisane w czerwonej ramce, że mają superkomputery :)













Wcześniejszą atrakcją wycieczki była prezentacja budynku wydziału inżynierii, bardzo ciekawy, miał na dachu domek dla niegrzecznych dziekanów:



Pokazuję palcem, jakby ktoś nie zauważył tego szczegółu architektonicznego.












Następnym gwoździem atrakcji była prezentacja (niestety przez szybę, bo w niedzielę wszystko pozamykane) Labu Scotta, przy okazji chłopaki wymieniali się czułościami:








FUJ!






A potem była plaża i dyskusje "ręcznikowe" nad Mateusza projektem :D stwierdziliśmy, że można by taką nową, świecką tradycję wprowadzić: dyskusje artykułów i projektów na plaży, albo chociaż na ręcznikach..... nad basenem. Mateusz ma fajne fotki, jak walczymy z falami (w ramach rozgrzewki przed dyskusja) może wrzuci. Ja mam tylko takie:





Chłopaki w oddali szaleją, ja pilnuję rzeczy. Niebawem przybędzie Janek (bo powcierał sobie soli w oczy i stracił radość z walki) a ja pójdę szaleć. Piasek był strasznie gorący i było za dużo słońca, więc siedzieliśmy pod molo.





Po plażowych igraszkach rozdzieliliśmy się i my dzielnie na konferencję a Mateusz do swoich spraw. Niestety niedzielne sesje były raczej średnie, najciekawsza dla nas była jedna prezentacja w sobotę o wpływie obciążenia pamięci na dostrzeganie bodźców okołoprogowych - zainspirowała nas do modyfikacji obecnego paradygmatu badania (biedna Marta, będzie musiała to zaprogramować i przepilotować).

I tak zbliżamy się do kulminacyjnego momentu weekendu, czyli do powrotu do LA. Jedziemy sobie jedziemy, po drodze jemy meksykańskie żarełko, podziwiamy obrazki za oknem. Miło, sielsko, wspominamy jak było fajnie. Jedziemy bardzo szybko, ok 120 km/h. Aż tu nagle Janek zaczyna coś dziwnego robić kierownicą! Samochód dziwnie podskakuje i jeszcze wydaje taki dziwny dźwięk. Okazało się, że popsuła się oponka. Dosłownie, rozpadła się biedulka, o tak:

Jak w jakiejś ciężarówce. Początkowo myśleliśmy, że wybuchła albo coś w tym stylu. Ale po dokładniejszych oględzinach odnalazłam w niej gwóźdź - czyli wydaje się, że owa defragmentacja oponki nastąpiła już po przerwaniu jej ciągłości jako skutek jechania z dużą prędkością bez powietrza.
Jeśli myślicie, że popsuło nam to humory to jesteście w błędzie. Janek był w siódmym niebie udowadniając mi jakim to jest Super-Alfa-Zaradnym-Samcem-Który-Umie-Odkręcić-Strasznie-Zaskorupiałe-Śruby-W-Kole.

Na poważnie śruby były jak przyspawane, nie wiem, czy byłabym w stanie je sama odkręcić (a pierwotny plan był taki, że sama jadę do Mateusza, pewnie musiałabym wtedy kogoś na drodze zatrzymywać "na brzuch", żeby pomógł). Ale jak rzekłam napisawszy wcześniej, Janek jako, że nie jedną już oponkę w swym życiu wymienił (rowerowe głównie, ale czy ma to aż tak wielkie znaczenie) rachu-ciachu samochodzik podniósł, ja nazbierałam kamieni i pojechaliśmy dalej na jednym kółku mniejszym od innych.



Dla niewtajemniczonych: kamienie były konieczne, aby zabezpieczyć samochód przed przypadkowym pojechaniem w przód lub w tył. Zwróćcie uwagę jaki piękny betonowy kamień znalazłam na tej pustyni :)

Z powodu małego kółka nie mogliśmy rozwijać zawrotnych prędkości i droga zajęła nam 4 zamiast 2 godzin.


Ale już jesteśmy po wymianie oponek, mamy cztery nowe z gwarancją na rok (jak nam się popsuje, nawet jak złapiemy gumę, to nam za darmo wymienią, nieźle, co?).

A jutro przyjeżdża do nas Mateusz :)

środa, 10 lipca 2013

Pierwsze koty za płoty...

.. czyli jak się leciało i o wyższości rozwiązań europejskich nad amerykańskimi

Na samolot zdążyliśmy, chociaż baliśmy się, że się spóźnimy, były takie korki rano, że Janek łamał wszystkie przepisy i jechał buspasami wszędzie, gdzie się dało a i tak staliśmy. Na szczęście zdążyliśmy na czas, zdążyliśmy podać mi heparynę (okazało się, że jest bardzo miły punkt usługowy medyczny, w którym za darmo kują w brzuch i dają jeszcze dobre rady), nie zdążyliśmy napić się kawy, ale zdążyliśmy zrobić sobie zdjęcie z samowyzwalacza:














Lot jak to lot międzykontynentalny długi był i niewygodny, głownie z powodu straszliwie wąskich przestrzeni między rzędami siedzeń, mam wrażenie, że w LOTcie jest mimo wszystko trochę luźniej (lecieliśmy Lufthansą), dobra rada - zamawiajcie specjalne posiłki, ja zamówiłam o obniż
onej zawartości sodu i wszystko miałam pierwsza :) co i tak nie uchroniło mnie przed czarną rozpaczą manifestującą się między innymi tak:















Na szczęście od czasu do czasu można było podziwiać naprawdę ciekawe widoki za oknem:

















To ostatnie zdjęcie, to centrum Los Angeles, gdyby ktoś nie wiedział to tu nie ma wieżowców poza ścisłym centrum, ze względu na zagrożenie trzęsieniami ziemi a całe Los Angeles rozciąga się na przestrzeni ponad tysiąca kilometrów kwadratowych i dosłownie rozciąga się od oceanu do gór. Dzięki temu nie jest takie strasznie brzydkie jak się obawiałam, a gdy się trochę w kierunku gór pojedzie robi się naprawdę pięknie. Mam nadzieję, że niebawem zawieszę jakieś zdjęcia z wycieczek.

Poszukiwania mieszkania
Po wylądowaniu i tymczasowym zainstalowaniu się u cioci Marysi Marysi B (jeszcze raz ogromne podziękowania za kontakt) rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania mieszkania. Mieliśmy kilka z góry upatrzonych pozycji, ale po rozmowie z ciocią Marysi byliśmy bogatsi o radę, co by zatrzymywać się w małych uliczkach i dzwonić do ogłaszających się na ulicy domów. Zostało nam również odradzone wynajmowanie mieszkania w Koreatown, o czym początkowo myśleliśmy, bo tam taniej było po prostu.
Pierwsze mieszkanie, które obejrzeliśmy było na obrzeżach Koreatown, kosztowało ponad 1100 dolarów i było małym koszmarkiem - ciasnym, brudnym, bez klimatyzacji przybytkiem. Na zdjęciach prezentowało się ładnie i to była jego jedyna zaleta. Brrr, po takim doświadczeniu załamaliśmy się trochę, bo jeżeli taka padaczka kosztuje ponad tysiąc dolarów, to ile trzeba będzie zapłacić za coś rozsądnego??
Idąc za radą zaczęliśmy zwiedzać małe, śliczne uliczki w okolicach Hollywood (główna myśl, która nam przyświecała, to, aby Janek nie miał zbyt daleko do pracy do Cedars-Sinai, do godziny rowerem). I tak chodząc od domu do domu upatrzyliśmy kilka potencjalnych miejsc nadających się do zamieszkania. Niektóre były prześliczne, z pięknymi elementami w postaci rzeźbionych klamek czy pięknych okien albo podłóg, ale miały podstawowe wady: np. bardzo wąskie i strome schody (wyobrażacie sobie z wózkiem i dzieckiem?!!) albo brak pralni w najbliższej okolicy. I tu dochodzimy do prawdziwego kuriozum: Amerykanie są 10 lat za nami jeśli chodzi o pranie a może nawet więcej. I nie chodzi tylko o to, że w mieszkaniach nie ma podłączenia wody i jej odprowadzenia dla pralki, ale też o to, że te, do których jest dostęp to nic innego jak takie trochę lepsze Franie, strasznie mechacą ubrania i nie mają oddzielnych przegródek na płyn do zmiękczania, grrrr. Okazuje się, że tutaj własną pralka w mieszkaniu to luksus. Za mieszkanie, które posiada miejsce na pralkę trzeba było zapłacić, uwaga 3 tysiące dolarów miesięcznego czynszu!! zgroza. Dlatego my mieszkamy w mieszkaniu, które ma pralnię na dole. Ale za to jest winda i garaż i basen :) I bardzo miłe sąsiedztwo nie najmłodszych osób pochodzących głownie z krajów byłego ZSRR - słowiańskie dusze. Doskonałe do naszych badań nad treningami.
Jeśli chodzi o mieszkanie, to po wejściu do niego nie mieliśmy prądu ani internetu ani mebli nic:















Jednak dzięki uprzejmości slowiańskiego managera budynku dostaliśmy prąd "tymczasowo". Dzięki temu mogliśmy od razu zacząć się urządzać, po pierwszym dniu mieszkanko wyglądało już tak:















Ten pomarańczowy kabel ciągnący się po podłodze na pierwszym zdjęciu to nasz "tymczasowy" prąd był :) Na pierwszym zdjęciu widać też nasz zakup, z którego jesteśmy najbardziej dumni - przeogromna i przewygodna kanapa kupiona za niecałe 200 dolarów na wyprzedaży (co prawda za jej dostarczenie musieliśmy zapłacić kolejne 100 dolarów, ale i tak się opłacało). Jest trochę wypłowiała, ale to dodaje jej tylko uroku a mieszczą się na niej dwie duże dorosłe osoby, czyli Janek i ja. Dodatkowo można ściągnąć górne materace i rozłożyć je na podłodze - jednym słowem, jest miejsce do spania dla gości :0).

Poszukiwania samochodu
Po zainstalowaniu się w mieszkaniu, zapoznaniu z sąsiadami, załatwieniu formalności (nawet nie będę opisywać ile męki kosztowało nas wystawienie pierwszego cashier's check...), internetu, rozpoznaniu terenu rozpoczęliśmy poszukiwania Autka. Bo tu nie ma sensu życie bez samochodu. To nawet nie jest jak bez ręki, to jest jak bez ręki, nogi i ośrodka termoregulacji. AHA - i oficjalnie nienawidzimy wypożyczalni samochodów w LA, zarówno AVISa jak i niby taniego 699, co za koszmar!!! Za każdym razem, gdy wypożyczaliśmy samochód czuliśmy się bardzo brzydko potraktowani, no trzeba to nazwać wprost: oszukani! [a takie miłe mieliśmy wspomnienia z poprzedniego pobytu, zapewne dlatego, że wypożyczaliśmy samochód w porządnej firmie Hertz i w porządnym mieście Portland]. Dlatego tym bardziej chcieliśmy szybko znaleźć i kupić samochód. Po obejrzeniu kilku sztuk (w tym jednej wybuchającej - serio, dali nam do przetestowania samochód, któremu czarny dym wydobywał się z rury wydechowej a po skończonej jeździe spod maski buchała para jak smokowi wawelskiemu po zjedzeniu owieczki od Szewczyka Dratewki) byliśmy bliscy kupienia starego Lexusa z 95 roku, piękny i biały był, ale ostateczny wybór padł jednak na nieco młodszego zielonego Saaba:














z taakim dużym bagażnikiem (dziecior powinien się zmieścić):















Na tym kończę pierwszy amerykański wpis. Może jeszcze pokażemy Wam jak reklamuje się miejsce pracy Janka:

Fajnie, co? 







czwartek, 4 lipca 2013

Pierwsze koty przed płoty..

Czyli na początku kilka słów o tym, jak przykro było nam rozstawać się ze wszystkimi i wszystkim w Polsce. Oczywiście ogromna ekscytacja i nienormalnie (jak na nas) dużo przygotowań sprawiły, że mogliśmy o tym przez większość czasu nie myśleć, przygotowując się do wykonywania kolejnych zadań, takich jak:
- ostatnie wygłaskiwanie kota





















- demontaż akwarium, ale uzyskana przestrzeń została natychmiast twórczo prze-aranżowana i zaanektowana przez nowych mieszkańców:















- i oczywiście pakowanie! wydawało nam się, że wzięliśmy bardzo mało rzeczy i w dodatku, że mamy cały czas dużo wolnego miejsca, popatrzcie sami, czyż to tak nie wygląda, nawet kot się zmieścił:















Jednak podczas pomiarów na lotnisku okazało się, że pomimo dodatkowej walizki wciąż mieliśmy nadbagaż. Musiałam zrezygnować z dwóch par butów i dwóch książek, przykre to było nieco.
Zanim jednak wsiedliśmy do samolotu, o czym za chwilę, odbyło się miłe spotkanie pożegnawcze, na którym tłumnie piliście piwo i inne trunki a ja się przyglądałam:












































W pewnym momencie bracia Kamińscy, jak widać na poniższym obrazku, rytualnie się oklepywali na pożegnanie:















... a inni pozdrawiali się znakami satanistycznymi (Basię to cieszyło wielce):















***
Dwa dni po imprezie przybyli rodzice, aby pomóc nam się spakować i odwieźć na lotnisko. Ostatniego wieczora prawda wyszła na jaw: Natalia się bardzo cieszyła, że w końcu wyjeżdżamy, tylko tata i mama Kamińscy mieli smutne minki:













Wtorkowym rankiem jak tułacze z walizkami pojechaliśmy w wielki świat (jak już wspomniałam, z części rzeczy i tak musiałam ostatecznie zrezygnować):



















Aha, a ta niby super-zaje..fajna torba (ta brązowa, na ramieniu) się rozwaliła po drodze, nie polecam!
Następny wpis już amerykański będzie :)