wtorek, 13 sierpnia 2013

Okolice LA

Dzisiaj trochę o plażach i górach Santa Monica, które to wszystkie miejsca są oddalone o ok. 1h jazdy samochodem od naszego domu.

PLAŻE
W LA jest kilka plaż, najsłynniejszą z nich jest Santa Monica, to ta, na której pojawiają się Gwiazdy :).
Pojechaliśmy raz wieczorem, aby obejrzeć na niej zachód słońca. Niestety, doświadczyliśmy porażki na całej linii. Nie dosyć, że w połowie drogi na plażę słońce schowało się za smogo-chmurami, to jeszcze po przybyciu na miejsce naszym oczom ukazał się taki widok:
Pomimo tego, że tak strasznie to wyglądało na pierwszy oka rzut postanowiliśmy pójść na spacer nad oceanem. Nawet nie było tak źle, ale jest to ten rodzaj plaż, który nam nie przypadł do gustu. Dużo ludzi, dużo hoteli, jedyna fajna rzecz, to ścieżka rowerowa wzdłuż brzegu i ludzie-akrobaci ćwiczący dziwne układy.
Plaża ta łączy się z drugą [Venice] dzięki czemu jest całkiem spory kawałek nadoceanicznej ścieżki rowerowej. Ale to jedyna zaleta.
Nam zdecydowanie bardziej do gustu przypadły maleńkie plażyczki położone jakieś 15-20 km północny zachód od Santa Monica, w okolicach Malibu: jedna, również słynna El Matador Beach a druga w ogóle nie słynna La Piedra. Obie piękne. Poniżej zdjęcia z mojej samotnej na nie wyprawy:



 Na plaży tej spotkałam kilka ptaków, wszystkie bardzo przyjazne, pozowały do zdjęć, tak jak ten poniżej na przykład:


 Spotkałam również dziwne twory, na przykład taką bardzo oryginalna wannę :)

Ale najbardziej zachwycił mnie domek na skarpie, na razie jest moim domkiem marzeń numer 2 [numer jeden jest w górach z widokiem na ocean]

Pod koniec wycieczki zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie moim super samowyzwalaczem [tak tak, nie było kogo poprosić o zrobienie zdjęcia, bo na plaży nie było ludzi...]

Zauważcie, że jestem w swetrze, niestety nad oceanem przeważnie wieje i pomimo tego, że w osłoniętych od wiatru miejscach jest gorąco, to na kąpiel zdecydowanie za zimno.

GÓRY
Obudziwszy się w sobotni poranek ostatniego weekendu postanowiliśmy pojechać w góry Santa Monica. Janek już od jakiegoś czasu przebąkiwał, że chce tam pojechać, na mapie wyglądały zachęcająco a poza tym były niedaleko od tych maleńkich plaż, które powyżej opisywałam. Czyli wiele wskazówek różnych zegarów intuicji wskazywało na TAK, warto tam pojechać. Trasę opracował Jan, więc ja dopiero na miejscu dowiedziałam się, że będziemy wchodzić na najwyższy szczyt gór, zwany Sandstone [wspina się na wysokość prawie 1000 m.n.p.m.]. O tak się zaczynała ścieżka:


Na początku na luziku sobie szliśmy, dyskutowaliśmy, gestykulowaliśmy...



Janek robił zdjęcia i nosił wszelkie ciężary [poza MikoKacprem, którego ja dźwigałam]




I tak w wyśmienitych nastrojach wdrapaliśmy się na górę:


W oddali, na maleńkim, sąsiednim szczycie siedział samotny pan:

Któremu robię zdjęcie a mnie uwiecznia Janek z jeszcze innego szczytu:


Po wdrapaniu się na szczyt mieliśmy dwie opcje powrotowe do wyboru: wracamy tą samą drogą [ok 3,5 mili w sumie] albo idziemy, jak to określił Janek "po grani". Decyzję miałam podjąć ja jako, że dwa mózgi mam obecnie :D Rozochocona słońcem i super atmosferą mówię: idziemy granią, będą piękne widoki, płasko, to nic, że dalej. Janek, który ma strasznie słabą kondycję starał się mnie odwieźć od tego pomysłu, ale się nie dałam. I poszliśmy dłuższą trasą [chyba miała ze 20 kilometrów... strasznie była długa, niekończąca się ścieżka górska].
Tu widać jak Janek ledwo nóżkami powłóczy w drodze powrotnej, mówił, że słońce mu mózg wypala...
 Tu odrobina cienia, więc mógł się sprężyć i próbował mi robić zdjęcie, ale to ja byłam szybsza :D


Po drodze spotkaliśmy szarego człowieka, który wypytywał szczegółowo o datę narodzin naszego dziecka i przestrzegał przed trudami rodzicielstwa [rychło, kurde, w czas..]. A potem spotkaliśmy śmieszną skałę:


I pod koniec wycieczki byliśmy straaasznie zmęczeni, moje nogi nie chciały mnie nieść na końcu, siłą ducha zmuszałam się do marszu.
Dlatego, gdy już nam się udało dojść do samochodu postanowiliśmy czym prędzej pojechać nad ocean, aby nogi okurzone w nim obmyć:


Chociaż Janka bardziej zainteresowała pewna mewa:


Oto jedno z jej licznych ujęć:


 Inne ptaki też były fajne, siedziały sobie na okolicznych skałach przygotowując się do snu:


 Plaża El Matadore [bo na niej właśnie wylądowaliśmy] słynie  z takich oto wystających z oceanu skałek:



Niektóre ze skałek znajdowały się na plaży i służyły za bardzo wygodne legowiska oraz punkt obserwacyjno-fotoreporterski:

Zdjęć z tej wycieczki mamy dużo, pewnie trzeba będzie wrzucić na Picassę, bo tu nieco niewygodnie.

A teraz długo oczekiwana [zapewne przez niektórych] relacja ze składania wózka transformersa :D [kto nie lubi niech przestanie już czytać, bo teraz już tylko o wózku będzie].

Od początku chcieliśmy jeden wózek. Najlepiej mały, zwrotny i lekki. Wypatrzyliśmy na początku taki śliczny, czerwony na trzech kółkach, w zestawie z fotelikiem samochodowym. Już już mieliśmy go kupić, ale na szczęście odbyliśmy rozmowę z rodzicami, którzy nas uświadomili, że to za mało. Otóż nasz wybrany wózek nie miał opcji wożenia dziecka na płask a to ponoć kluczowe, szczególnie tuż po urodzeniu.

W związku z tym rozpoczęliśmy nasze poszukiwania od początku, teraz szukaliśmy małego, skrętnego, lekkiego wózka z opcją fotelika ORAZ kołyski. Byłam pewna, że takich nie ma albo będą kosztowały kosmiczne pieniądze. I w sumie miałam rację: większość wózków alb miała osobno wkładkę kołyskową dla nowonarodzonych dzieci albo kosztowała tysiące dolarów.
Aż tu.. nagle.. objawił nam się niby japoński [okazał się chiński] wózek-transformers. Bardzo ładny, zwrotny a do tego nie-taki-drogi. A na craigliście udało mi się znaleźć nówkę sztukę za pół ceny :)
Proszą Państwa przedstawiam środek transportu dla najmłodszych 3 w 1:

  • do spania na płasko zaraz po urodzeniu:

  • do przewożenia fotelika samochodowego, aby nie trzeba było go nosić na ręku [ciężki ten fotelik]:

  • no i oczywiście wypaśna spacerówka:


To na razie tyle, jeśli chodzi o front dzieciorkowy.

Pozdrawiamy!!!
A&J

6 komentarzy:

  1. Achhh...Piękne zdjęcia! Chciałoby się tam być z wami! I nie mogę się powstrzymać od napisania, że na zdjęciu z samowyzwalacza wyglądasz rewelacyjnie i sexy! :))) Wózek jest kosmiczny, nie wiedziałam, że takie bajery istnieją, może kiedyś taki kupię :))) Teraz nie mam po co , Szurek nie byłby szczęśliwy gdybym go w takim ulokowała ;)) Trzymajcie się !!

    P.S.: Może Janek napisałby jakieś neuronudy o tym czym się teraz zajmuje w labie? :)))

    OdpowiedzUsuń
  2. dzięki Kasiu za miłe słowa - gruba kobieta potrzebuje ich jak kania dżdżu ;D

    Myślę, że śzurek nie pogardziłby dolnym pokładem :) jest bardzo przestrzenny

    Namawiam Janka od jakiegoś czasu, aby opisał robotę, na razie przychodzi strasznie zmęczony i nie ma już sił. Ale.. dzisiaj idę do jego Labu na seminarium - zdam neuro-relację!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Grietucha kupuj wózek dobry jest na wożenie zakupów. A o labie zaraz napisze w wolnej chwili 04.08.2015 mam wolny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Super: wycieczka, jak i wózek. Że Ty masz siły na takie wędrówki :) Ale bardzo dobrze, ruch musi być, niech dzieciak wie, co go czeka w przyszłości :) Ściskamy z Adrianem.

    P.S. Też czekamy na relację z pracy Janka!

    OdpowiedzUsuń
  5. takie wędrówki to pestka, mogłabym chodzić codziennie, gorzej w regularną pracą - ta mnie jakoś strasznie męczy, Janek może potwierdzić, często zasypiam nad tekstem, który czytam lub piszę....dziwne, prawda? tłumaczę to zmienioną gospodarką hormonalną :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Yummy yummy sexy balonik masz Anetko!

    Dżony, ej, weź nie pisz o pracy, przecież gdzie tam o jakichś mózgach i falach, kto by tam chcial czytać (żarcik oczywiście ;-P, pewnie ze chcemy! cały kraj żyje w napięciu, czekając na relację z sali operacyjnej!!)

    Uściski!

    OdpowiedzUsuń