środa, 10 lipca 2013

Pierwsze koty za płoty...

.. czyli jak się leciało i o wyższości rozwiązań europejskich nad amerykańskimi

Na samolot zdążyliśmy, chociaż baliśmy się, że się spóźnimy, były takie korki rano, że Janek łamał wszystkie przepisy i jechał buspasami wszędzie, gdzie się dało a i tak staliśmy. Na szczęście zdążyliśmy na czas, zdążyliśmy podać mi heparynę (okazało się, że jest bardzo miły punkt usługowy medyczny, w którym za darmo kują w brzuch i dają jeszcze dobre rady), nie zdążyliśmy napić się kawy, ale zdążyliśmy zrobić sobie zdjęcie z samowyzwalacza:














Lot jak to lot międzykontynentalny długi był i niewygodny, głownie z powodu straszliwie wąskich przestrzeni między rzędami siedzeń, mam wrażenie, że w LOTcie jest mimo wszystko trochę luźniej (lecieliśmy Lufthansą), dobra rada - zamawiajcie specjalne posiłki, ja zamówiłam o obniż
onej zawartości sodu i wszystko miałam pierwsza :) co i tak nie uchroniło mnie przed czarną rozpaczą manifestującą się między innymi tak:















Na szczęście od czasu do czasu można było podziwiać naprawdę ciekawe widoki za oknem:

















To ostatnie zdjęcie, to centrum Los Angeles, gdyby ktoś nie wiedział to tu nie ma wieżowców poza ścisłym centrum, ze względu na zagrożenie trzęsieniami ziemi a całe Los Angeles rozciąga się na przestrzeni ponad tysiąca kilometrów kwadratowych i dosłownie rozciąga się od oceanu do gór. Dzięki temu nie jest takie strasznie brzydkie jak się obawiałam, a gdy się trochę w kierunku gór pojedzie robi się naprawdę pięknie. Mam nadzieję, że niebawem zawieszę jakieś zdjęcia z wycieczek.

Poszukiwania mieszkania
Po wylądowaniu i tymczasowym zainstalowaniu się u cioci Marysi Marysi B (jeszcze raz ogromne podziękowania za kontakt) rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania mieszkania. Mieliśmy kilka z góry upatrzonych pozycji, ale po rozmowie z ciocią Marysi byliśmy bogatsi o radę, co by zatrzymywać się w małych uliczkach i dzwonić do ogłaszających się na ulicy domów. Zostało nam również odradzone wynajmowanie mieszkania w Koreatown, o czym początkowo myśleliśmy, bo tam taniej było po prostu.
Pierwsze mieszkanie, które obejrzeliśmy było na obrzeżach Koreatown, kosztowało ponad 1100 dolarów i było małym koszmarkiem - ciasnym, brudnym, bez klimatyzacji przybytkiem. Na zdjęciach prezentowało się ładnie i to była jego jedyna zaleta. Brrr, po takim doświadczeniu załamaliśmy się trochę, bo jeżeli taka padaczka kosztuje ponad tysiąc dolarów, to ile trzeba będzie zapłacić za coś rozsądnego??
Idąc za radą zaczęliśmy zwiedzać małe, śliczne uliczki w okolicach Hollywood (główna myśl, która nam przyświecała, to, aby Janek nie miał zbyt daleko do pracy do Cedars-Sinai, do godziny rowerem). I tak chodząc od domu do domu upatrzyliśmy kilka potencjalnych miejsc nadających się do zamieszkania. Niektóre były prześliczne, z pięknymi elementami w postaci rzeźbionych klamek czy pięknych okien albo podłóg, ale miały podstawowe wady: np. bardzo wąskie i strome schody (wyobrażacie sobie z wózkiem i dzieckiem?!!) albo brak pralni w najbliższej okolicy. I tu dochodzimy do prawdziwego kuriozum: Amerykanie są 10 lat za nami jeśli chodzi o pranie a może nawet więcej. I nie chodzi tylko o to, że w mieszkaniach nie ma podłączenia wody i jej odprowadzenia dla pralki, ale też o to, że te, do których jest dostęp to nic innego jak takie trochę lepsze Franie, strasznie mechacą ubrania i nie mają oddzielnych przegródek na płyn do zmiękczania, grrrr. Okazuje się, że tutaj własną pralka w mieszkaniu to luksus. Za mieszkanie, które posiada miejsce na pralkę trzeba było zapłacić, uwaga 3 tysiące dolarów miesięcznego czynszu!! zgroza. Dlatego my mieszkamy w mieszkaniu, które ma pralnię na dole. Ale za to jest winda i garaż i basen :) I bardzo miłe sąsiedztwo nie najmłodszych osób pochodzących głownie z krajów byłego ZSRR - słowiańskie dusze. Doskonałe do naszych badań nad treningami.
Jeśli chodzi o mieszkanie, to po wejściu do niego nie mieliśmy prądu ani internetu ani mebli nic:















Jednak dzięki uprzejmości slowiańskiego managera budynku dostaliśmy prąd "tymczasowo". Dzięki temu mogliśmy od razu zacząć się urządzać, po pierwszym dniu mieszkanko wyglądało już tak:















Ten pomarańczowy kabel ciągnący się po podłodze na pierwszym zdjęciu to nasz "tymczasowy" prąd był :) Na pierwszym zdjęciu widać też nasz zakup, z którego jesteśmy najbardziej dumni - przeogromna i przewygodna kanapa kupiona za niecałe 200 dolarów na wyprzedaży (co prawda za jej dostarczenie musieliśmy zapłacić kolejne 100 dolarów, ale i tak się opłacało). Jest trochę wypłowiała, ale to dodaje jej tylko uroku a mieszczą się na niej dwie duże dorosłe osoby, czyli Janek i ja. Dodatkowo można ściągnąć górne materace i rozłożyć je na podłodze - jednym słowem, jest miejsce do spania dla gości :0).

Poszukiwania samochodu
Po zainstalowaniu się w mieszkaniu, zapoznaniu z sąsiadami, załatwieniu formalności (nawet nie będę opisywać ile męki kosztowało nas wystawienie pierwszego cashier's check...), internetu, rozpoznaniu terenu rozpoczęliśmy poszukiwania Autka. Bo tu nie ma sensu życie bez samochodu. To nawet nie jest jak bez ręki, to jest jak bez ręki, nogi i ośrodka termoregulacji. AHA - i oficjalnie nienawidzimy wypożyczalni samochodów w LA, zarówno AVISa jak i niby taniego 699, co za koszmar!!! Za każdym razem, gdy wypożyczaliśmy samochód czuliśmy się bardzo brzydko potraktowani, no trzeba to nazwać wprost: oszukani! [a takie miłe mieliśmy wspomnienia z poprzedniego pobytu, zapewne dlatego, że wypożyczaliśmy samochód w porządnej firmie Hertz i w porządnym mieście Portland]. Dlatego tym bardziej chcieliśmy szybko znaleźć i kupić samochód. Po obejrzeniu kilku sztuk (w tym jednej wybuchającej - serio, dali nam do przetestowania samochód, któremu czarny dym wydobywał się z rury wydechowej a po skończonej jeździe spod maski buchała para jak smokowi wawelskiemu po zjedzeniu owieczki od Szewczyka Dratewki) byliśmy bliscy kupienia starego Lexusa z 95 roku, piękny i biały był, ale ostateczny wybór padł jednak na nieco młodszego zielonego Saaba:














z taakim dużym bagażnikiem (dziecior powinien się zmieścić):















Na tym kończę pierwszy amerykański wpis. Może jeszcze pokażemy Wam jak reklamuje się miejsce pracy Janka:

Fajnie, co? 







6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie wierze na slowo w miekkosc poduszek kanapowych! Domagam sie empirycznego przetestowania:*

    OdpowiedzUsuń
  3. Zu, wpadaj i testuj :D ja nie pisałam, że one są miękkię, ale, że są wygodne - bo one sa takie sprężysto-wygodne

    OdpowiedzUsuń
  4. Super! Jak tylko odpracujemy wyjazd na Kubę to wpadamy na kanapę!

    OdpowiedzUsuń
  5. Czekam na kolejny odcinek pierwszego sezonu bloga :-)

    OdpowiedzUsuń
  6. hehe, wedle życzenia się pojawił :)

    OdpowiedzUsuń