piątek, 9 sierpnia 2013

Hollywood Sign

Przez długi czas się nie odzywałam, za co Was bardzo przepraszam - spowodowane było to głównie tym, że nerwowo oczekiwaliśmy, czy wszystkie sprawy ubezpieczeniowo-medyczno-dzieciowe pomyślnie się zakończą. Na szczęście tak, zostaliśmy wciągnięci w SYSTEM i od tej pory życie stało się prostsze, przyjemniejsze, słońce jaśniej świeci a ocean bardziej szumi :D

Ale po kolei, czyli najpierw zdam relację z bardzo krótkiej, ale przemiłej wizyty Mateusza, który przyjechał do nas "czarną Hondą" [wyrażenie to nabrało bardzo specyficznego znaczenia; jeśli chcecie powiedzieć, że właśnie ktoś zrobił was w jajo możecie go użyć], aby z lotniska LA udać się do Wawy jakimś koszmarnie porannym samolotem.

Mateusz - Obserwatorium - Meksykańskie żarcie - i upomnienie za złe parkowanie
Ponieważ, jak już wspomniałam Mateusz był u nas tylko jeden wieczór musieliśmy wybrać jedną atrakcję do zobaczenia: wahaliśmy się pomiędzy Griffith Observatory położónym w Griffith Parku (a jakże) a zwiedzaniem Downtown. Ostatecznie wybór padł na obserwatorium, do którego pojechaliśmy "czarną Hondą", poniżej dokumentacja zdjęciowa:






Przejażdżka "czarną Hondą" była ultrakrótka, gdyż rzeczony park znajduje się w odległości przysłowiowego rzutu beretem od naszej rezydencji.




A właśnie, nie pokazaliśmy dotąd zdjęcia rezydencji z zewnątrz, więc robię wtręta, czyli dygresję zdjęciową, oto jak wygląda domek, w którym pomieszkujemy od strony ulicy:


Czyż nie słodki? Zawsze uliczka zalana światłem, w sąsiedztwie są dwa koty a w okolicy śpiewają dziwne ptaki - nie mam pojęcia co to za gatunek, ale się nieźle drze, szczególnie o 4 nad ranem. Jest też trochę ładnych drzew, co prawda nie są to palmy jak na uliczkach w niedalekim Beverly Hills [Janek chciałby takie palmy na ulicy, nie wiem dlaczego, ale stały sie jego ulubionymi drzewami, im wyższe tym bardziej ulubione.. dziwne].
A poniżej uliczka w BH:



Niestety zdjęcie nie oddaje nawet w jednej czwartej jej uroku [te uliczki są piękne, jak kiedyś będziemy potwornie bogaci to taka uliczkę sobie kupimy i zrobimy tam Lab oraz akademiki dla pracowników] ale widać kluczowy element, czyli PALMY :D





Jeśli chodzi o domek, to jeszcze mogę pokazać Wam basen zalany słońcem, jeszcze z niego nie korzystałam, ale kiedyś to zrobię:








Nie jest może cudem architektury basenniczej, ale przed południem miło wygląda skąpany w słońcu. Po południu skrywa się w cieniu.. tak jak pisałam, jakiś dziwny architekt go zaprojektował :)







Wracając do głównego wątku, czyli wizyty Mateusza. Obserwatorium okazało się bardzo ładnie położone - park Griffith jest ogromny, normalne góry [co za chwile będzie widoczne na obrazkach z wycieczki do Hollywood Sign] - ma też kilka ciekawych ekspozycji dotyczących zagadnień astronomicznych. Natomiast sama prezentacja, czy tez film, na który się wybraliśmy, mnie osobiście rozczarował - głównie dlatego, że cały był animowany, żadnych zdjęć kosmosu, tylko obrazki, porażka.
Ale nocne widoki LA wynagrodziły nam ewentualne niedostatki projekcji. Ogólnie byliśmy zadowoleni z wycieczki:





W tle nocna panorama LA - naprawdę robi wrażenie, ale niestety nie dało się tego na zdjęciach uchwycić.







Jak również późniejsze przysmaki kuchni meksykańskiej:




Wielkość otrzymanych porcji jak również ich smakowitość sprawiły, że Mateusz i ja nie mogliśmy się potem ruszać. Janek, który ma większy brzuch nie cierpiał...






Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i nastał ranek [a raczej środek nocy], w którym Mateusz wyfrunął. Dzielnie mu towarzyszyliśmy, ale tylko do drzwi mieszkania:



I tak "czarną Hondą" odjechał Mateusz, ponoć ledwo zdążył na samolot.... pomimo wyjazdu na ponad dwie godziny przed odlotem i bliskości [relatywnej] lotniska.









Aby ukoić ból porozstaniowy zdecydowaliśmy się w pierwsza po rozstaniu sobotę na ponowną wycieczkę do Griffith Parku. Jak już wspomniałam, park to złe określenie dla tego miejsca, raczej parczysko. Jest to ogromny teren, głownie w postaci całkiem sporych górek, z ogromną liczbą różnych ścieżek do łażenia. Wybraliśmy jedną, prowadzącą do słynnego znaku Hollywood [ma nawet wpis w wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Hollywood_Sign].
Wycieczka okazała się przemiła i całkiem forsowna - bolały nas potem przez trzy dni nogi, a przecież nie ruszyliśmy się z miasta :)

Początek szlaku - wszyscy robili takie zdjęcia, to my też :D



Poniżej ujęcie panoramiczne szlaku, ja prezentuję brzuch, żeby potomek [Kacper?] mógł kiedyś mówić, że był na wzgórzach Hollywood:



Było trochę mgliście tego dnia - rzecz niezwykła tutaj. I to nie był smog, tylko normalne chmury, nawet deszczyk dwa razy pokropił.







Dojście do znaku zajęło nam co najmniej godzinę, jak nie dłużej, ale to ze względu na częste "popasy" oraz obserwacje orłów kalifornijskich:




Były dwa orły, ale na zdjęciu powyżej widać tylko jednego - jest taki bury, pośrodku.
 U celu znak wyglądał tak:

I bliżej nie dało się podejść, bo zakaz. Pewnie  z powodu częstego chuligaństwa dokonywanego na znaku.









Byliśmy nawet świadkami akcji policyjnego pościgu za Przestępcami, którzy wtargnęli na zakazany teren. Z megafonów na nich krzyczeli!






Przestępcy spacerujący w okolicach znaku :)






Zejście zajęło nam kolejną co najmniej godzinę, z przystankami dłużej. Cała wycieczka trwała ok. 3 h i była to naprawdę całkiem fajna namiastka gór. Polecamy tym, którzy tu kiedyś przyjadą.
A jutro opowiem Wam o plażach w LA i o tym, że małe jest lepsze niż duże. I może wózek Wam pokażę :D [ale to będzie sekcja dla zainteresowanych, bo rozumiem, że nie wszystkich podnieca fakt istnienia wózków-transformesów].

Tymczasem przesyłamy uściski piski i moc dobrych myśli z LA do Wawy :D



5 komentarzy:

  1. Bardzo ładny domek i bardzo fajny post :) A swoją drogą, Kacper to bardzo ładne imię.

    OdpowiedzUsuń
  2. a gdzie uściski i piski do Turku?

    OdpowiedzUsuń
  3. Będzie Kacper Mikolaj albo Mikołaj Kacper, trudno nam się zdecydowac
    Oczywiście, że do Turku też :) i do Lublina ;D

    OdpowiedzUsuń